W czasie wakacji to, co po sobie zostawiamy to gigantyczna toaleta

 

Polskie miasta dzielnie walczą z psimi kupami: są specjalne pojemniki do wyrzucania psich odchodów, rozdawane są specjalne torebki na psie kupy, ale ciągle to za mało.

Przykład: - Piękny deptak i ostatnio oddana nowa ścieżka rowerowa wzdłuż plaży między Gdańskiem a Sopotem. Dookoła tłumy opalonych spacerowiczów zatrzymują się tu i ówdzie, a to w smażalni ryb lub przy stoisku z pamiątkami. Zdarzają się miejsca gdzie zbita ciżba się rozpierzcha, bowiem na środku chodnika leży psia kupa rozsmarowana butem nieuważnego przechodnia lub rozjechana kołem rowerowym. Znajomy widok? Na pewno. Każdy z nas nieraz wszedł w cuchnące psie odchody. Leżą na ścieżkach, w alejkach czy na trawnikach. Na trójmiejskich plażach też brakuje toalet. Plażowicze nie mają innego wyjścia - korzystają z wydm, z których w upalne dni unosi się trudny do zniesienia fetor. Zdecydowanie najlepiej sytuacja wygląda w Gdyni.

 

Pilne sprawy do załatwienia

Data wydania: 7-09-02 (nr 36)

Jak co roku w czasie wakacji załatwiliśmy Polskę wzdłuż i wszerz. Od gór po morze. Zapaskudzone są nadbałtyckie wydmy, parkingi leśne przypominają szamba, górskie doliny mienią się serpentynami papieru toaletowego.

Najpierw kwestia słownictwa rażącego być może wrażliwsze uszy. Kathleen Meyer, amerykańska przewodniczka turystyczna, wydała przed laty światowy bestseller pod tytułem „How to shit in the Woods", co należałoby przetłumaczyć „Jak się wysrać w lesie". W polskim tłumaczeniu (nakład, niestety, wyczerpany) tytuł zmieniono na: „Ekologiczna defekacja, czyli jak się załatwiać, żeby nie załatwić lasu". Stało się tak na prośbę Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach, który wspomógł finansowo publikację. Jak mówi Stanisław Pisarek, właściciel wydawnictwa Stapis, ujęło go typowo amerykańskie, praktyczne i okraszone poczuciem humoru podejście do problemu. Poza tym jako alpinista doceniał wagę problemu defekacji terenowej, która nie szkodziłaby środowisku i powszechnym kanonom estetyki.

Według Meyer słowa mocz, defekacja, wypróżnienie czy stolec mają konotacje jednoznacznie szpitalne. „Łazienka i toaleta są eufemizmami i nie pasują tam, gdzie ich faktycznie nie ma, podobnie wygódka czy szalet". Ktoś, kto obejrzał poturystyczne pozostałości, rzadko użyje innego słowa niż gówno.

Mazurskie wstęgi dróg

Sierpniowa wyprawa na Mazury to był horror. Przewodnik po najlepszych trasach rowerowych poleca wycieczkę z Rucianego Nidy do Wierzby wzdłuż wschodniego brzegu pięknego jeziora Bełdany. Wspaniałe, leśne ostępy, dzika przyroda rezerwatu konika polskiego. Może to i prawda wczesną wiosną. U schyłku wakacji brzeg jeziora jest jedną wielką kloaką.

Za przystanią żeglarską w Piaskach szlak wiedzie ścieżkami wzdłuż stromej skarpy: brązowo-biały tor przeszkód, wstęgi idą prosto, zapętlają się, krzyżują niczym jakieś absurdalne oznaczenie kolarskiego krosu. Od smrodu - bogatej kombinacji moczu, kału i śmieci - aż mdli. Zafajdane jest wszystko, metodycznie i skutecznie: kępki trawy, jagodowe krzaczki, mech. Nie darowali nawet ścieżkom. Pewnie dlatego, że kucając na nich nie ryzykuje się dotknięcia pokrzywy, która skrzywdziłaby pośladki. Kiedy już na skarpie zabrakło wolnego miejsca, turystyczne gówno ruszyło dalej w las.

- Niedługo brzegi mazurskich jezior będzie można oglądać tylko z helikoptera - uśmiecha się gorzko Henryk Janus, zastępca nadleśniczego Nadleśnictwa
Maskulińskiego, na którego terenie leży większość lasów otaczających Bełdany.

W starostwie powiatowym w Piszu, na którego terenie znajdują się Bełdany, mówią (po wstępnym chichocie; ten temat prawie zawsze wywołuje chichot), że to nie ich kompetencje, że musieliby mieć 150 pracowników, żeby zająć się śmierdzącym problemem. Odsyłają do sanepidu. W powiatowej stacji również twierdzą, że to nie ich działka. Zajmują się lokalami gastronomicznymi, ośrodkami wczasowymi, oficjalnymi polami namiotowymi. Mogą prosić urząd miasta i gminy o rozwiązanie problemu bądź przekazać sygnały, jeśli ktoś je zgłosi. To problem na granicy kompetencji urzędu i nadleśnictwa, uważają.

Henryk Janus, zastępca nadleśniczego, podkreśla, że od dzierżawców pól namiotowych Lasy wymagają utrzymania czystości i higieny. A te nadjeziorne ścieżki? Gospodarzem terenu są Lasy, a właścicielem gmina. Więc kto miałby sprzątać po turystach? Lasom brakuje ludzi. A nawet gdyby się znaleźli, to wysypisko miejskie żąda opłat, a Lasy nie chcą dopłacać do utrzymania porządku na gminnych terenach.

- Problem jest - przyznaje Jan Paweł Skulmowski, burmistrz Rucianego, którego gmina sięga nad Bełdany. - Nie bardzo wiadomo, kto ma się tym zajmować. W Polsce w ogóle nie jest to uregulowane. W Niemczech byłoby niedopuszczalne. Istnieje tam system odbioru fekaliów z łódek, nie do pomyślenia jest, żeby załatwiać te sprawy na dziko. Tak naprawdę nie mamy żadnego wpływu. Nie możemy ściągać opłat od żeglarzy czy kajakarzy i przeznaczyć tych pieniędzy na sprzątanie po nich. A że żądamy opłat za korzystanie z wysypiska? Kiedy jesienią odbywa się akcja Sprzątanie Świata, nie bierzemy od Lasów ani grosza. Nie wszystko może być za darmo. Jesteśmy biedną gminą.

Toaletowa metamorfoza?

Kathleen Meyer opisywała, jak nieomal „kompletnie zasrano" Wielki Kanion. Potrzeba było radykalnych kroków. Spływający rzeką Kolorado muszą teraz zaopatrzyć się w specjalne pojemniki. Meyer w ogóle uważa, że w szczególnie uczęszczanych przez turystów miejscach najlepszym rozwiązaniem jest „wynoszenie tego, co się ze sobą przyniosło i na miejscu zrobiło". Stanisław Czubaj, zastępca dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego, pamięta, że kiedy czytał książkę Meyer, najpierw go zadziwiła, a potem doszedł do wniosku, że reprezentuje ona obcy jeszcze Polsce poziom cywilizacyjny. Uważa jednak, że nawyki cywilizacyjne powoli do Polski przychodzą. Mówi wręcz o toaletowej metamorfozie: - W 1996 r. po raz pierwszy wprowadzono w TPN ubikacje kontenerowe, po trzech dniach zbierano ich szczątki - sprzęt był zupełnie zdewastowany. Trudne było to dla mnie do zrozumienia. Dzisiaj na terenie Parku stoi 60 kabin, również dla niepełnosprawnych, a turyści ustawiają się wręcz w kolejkach.

Czy byłoby w takim razie lepiej, gdyby wszędzie było więcej szaletów? Anna Zbrojkiewicz, dyrektor powiatowej stacji sanepidu w Sandomierzu, zauważa, że nie można przecież postawić szaletów na łąkach i w lasach, chyba że zorganizowano na nich zbiorowy wypoczynek i istnienia szaletu wymagają przepisy.
Ryszard Głuchowski, właściciel firmy Toi-toi, systemy sanitarne, od dziewięciu lat wynajmuje plastikowe kabiny. Zaczynał od dwudziestu, dzisiaj ma ich 10 tys. Imponujący wzrost, który jednak zatrzymał się trzy lata temu. Na dodatek to, że są wynajmowane od Głuchowskiego, nie oznacza jeszcze, że są wykorzystywane. Na przykład bary piwne przepisami są zmuszone, by toalety mieć, lecz niekoniecznie muszą je udostępniać. Można to sprawdzić w Warszawie nad Wisłą w tzw. miasteczku piwnym. Toi-toie są zamknięte na klucz. Wychodzi taniej. Wynajmujący oszczędzają na serwisie, czyli na czyszczeniu i wywózce.
Oszczędza się również na liczbie kabin. Według Głuchowskiego na polu namiotowym, gdzie koczuje przeciętnie 30 osób, powinny być przynajmniej trzy kabiny (ludzie ruszają zazwyczaj gromadnie rano i wieczorem). Trudno w Polsce znaleźć pole o tak komfortowych proporcjach. Podczas tegorocznej mszy papieskiej na krakowskich Błoniach do dyspozycji 2,5 mln pielgrzymów oddano 500 kabin. Według Głuchowskiego powinno być minimum trzykrotnie więcej. W 1999 r. podczas mszy w Sopocie, która zgromadziła 800 tys. ludzi, postawiono 1,2 tys. toi-toiów.

Janina Sarara z częstochowskiego sanepidu uważa, że tradycyjne pielgrzymki na Jasną Górę są teraz lepiej zorganizowane, mniej śmiecą i zanieczyszczają. Kiedyś brakowało ludzi do sprzątania, a odpadki wrastały w ziemię. W zeszłym roku na polu biwakowym były dobrze wyposażone i zadbane szalety. Ale część pielgrzymów wolała chodzić do lasu, byle tylko nie płacić. - Widok był straszny. Urząd miasta musiał wynająć firmę sprzątającą. Ludzie w kombinezonach, rękawiczkach, ze specjalnymi szpikulcami sprzątali te bomby z zarazkami.

Barbara Tumińska wraz z mężem Markiem prowadzi na Mazurach przystań Pod Dębem. W zeszłym roku dostali nagrodę pisma „Żagle" dla najsympatyczniejszej przystani. Mówi, że niektóre szalety na polach biwakowych są w takim stanie, że po prostu strach wejść i nic dziwnego, że ludzie załatwiają się obok. Ale u niej sanitariaty są czyste i regularnie sprzątane, a i tak tuż za płotem ciągle pojawiają się śmierdzące serdele. Powód? Za skorzystanie z ustępu trzeba zapłacić złotówkę. Polak potrafi. Przychodzi grupa, wrzuca jedną monetę i potem blokują wejście rolką papieru albo szczotką klozetową. To jeszcze pani Barbara jest w stanie zrozumieć. Wolą wydać na piwo zamiast na kupę. Ale nie jest w stanie pojąć, po co komu dewastowanie toalet: podpalanie zamków, drzwi, łamanie desek klozetowych, gruchotanie muszli i wreszcie smarowanie odchodami wszystkiego, z podłogą i ścianami włącznie.

Chytrość Polaka na każdą złotówkę potwierdza Elżbieta Pawlikowska ze schroniska Murowaniec na Hali Gąsienicowej w Tatrach, chociaż zaznacza, że większy problem stanowią śmieci niż fekalia. - Gdyby w słowackie Tatry jeździło więcej Polaków, to na pewno wyglądałyby tak jak polskie.

Jak podkreśla Głuchowski, ani skąpstwem, ani brakiem zdolności przewidywania nie da się wytłumaczyć faktu, że głównie na imprezach zakrapianych alkoholem - w kabinach można znaleźć kał w pisuarach bądź na suficie. - To kwestia poziomu cywilizacyjnego, na jakim się znajdujemy. Co najmniej o trzy gałęzie za nisko.

Dlatego np. na hiszpańskiej Majorce można zobaczyć napisy po polsku: „Prosimy nie sikać do basenu".
Polskie piekło dla nosa

Niewiele ponad sto lat temu kronikarz pisał, że „Warszawa była piekłem dla każdego nosa, który się w niej nie urodził". Ustępy umieszczano w najbrudniejszym i najciemniejszym kącie podwórza. Stróż sprzątał je nie częściej niż raz na miesiąc. W latach 80. XIX w. „Kurier Warszawski" opisując, jak naturalne potrzeby załatwiano „na ulicach bez żenady", zauważał, że wszelkie działania policji zmierzające do egzekwowania przepisów o wywozie nieczystości nie przyniosą skutku z powodu opieszałości i niechlujności właścicieli domów i lokatorów. Nawet Bolesław Prus, wielki zwolennik kanalizacji miasta (przeciwko której protestowali kamienicznicy bojąc się kosztów), był sceptyczny wobec przedwczesnych projektów budowania szaletów publicznych (istniał jeden w 400-tys. mieście). Uważał, że ich funkcję z powodzeniem spełniają bramy kamienic.

Na pocieszenie można przytoczyć podobne opowieści z całej Europy. Jeszcze na początku XIX w. płynąca przez Londyn Tamiza niosła takie ilości rozkładających się ekskrementów, że bijący z wody smród zmuszał brytyjski parlament do odbywania sesji wcześnie rano, zanim nad rzeką rozejdzie się unoszona rozgrzanym powietrzem odrażająca woń. Historyk prof. Antoni Mączak odnalazł o półtora wieku wcześniejszą relację angielskiego dworzanina o zwyczajach mieszkańców Madrytu. „Nocą wracałem do naszej gospody, gdzie po drodze tak wiele rzeczy opróżniano na ulicę, że niemal nas to zatruło. Jest zwykłym obyczajem, że o 11 w nocy każdy te rzeczy wylewa na ulice, a następnego dnia wszystko tak wysycha, jakby tej rzeczy całkiem nie było. Pragnęliśmy wiedzieć, jak można znosić ten bydlęcy zwyczaj; mówili, że jest to zalecane przez lekarzy, bowiem powietrze jest tu tak delikatne, że taki sposób psucia złymi wyziewami utrzymuje je w równowadze. Fakt, nie znają tu zarazy!".

Złapać defekanta

Wydaje się, że Polska wciąż pozostaje na etapie takich rozważań. Łącznie, a nawet na czele ze stolicą. Wystarczy przejechać się wieczorem wzdłuż warszawskich nadwiślańskich barów piwnych; przed toi-toiami stoją w przeważającej mierze kobiety. Panowie kibel mają wszędzie. A i w biały dzień, w centrum widok sikającego pod ścianą mężczyzny, niekoniecznie pijanego, nie należy do rzadkości. Sika się w autobusach miejskich, widziano panią w średnim wieku, która ok. godz. 15 na reprezentacyjnym Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, w tłumie przechodniów przykucnęła i zrobiła kupę.

Ale problem nie dotyczy tylko specyficznego marginesu. Wieczorem brzegi mazurskich jezior utkane są łódkami, nieraz kosztownymi, w większości cumującymi na dziko, co krok płoną zabronione ogniska. - Ci sami ludzie odchodzą od ogniska, robią w ciemności kupę, a następnego dnia płyną na drugi brzeg i w krzyk: ojejku, wszystko zafajdane! - mówią Tekla i Marcin Żurkowscy, trzydziestolatkowie z Warszawy osiadli w Onyfryjewie nad Bełdanami. On jest leśniczym w wydzielonym leśnictwie doświadczalnym Polskiej Akademii Nauk w Popielnie, ona prowadzi badania naukowe. - Jednak prawda jest taka, że kupy, choć bardzo widoczne i uciążliwe, są dużo mniej szkodliwe niż śmieci. W tym roku akurat problem bardziej daje się we znaki, bo prawie nie padało. Normalnie deszcze rozmywają odchody i jeśli nie są zbyt blisko wody, to są po prostu zwykłym nawozem, jagódki ładniej rosną. Przy ogniskach 80 proc. biwakowiczów jest nawalonych i rzuca co popadnie za siebie, do lasu. Trzeźwi pakują śmieci w plastikowe worki, które kulturalnie zostawiają pod drzewem. Odpływają, wtedy przychodzą zwierzęta, rozszarpują worki i roznoszą śmieci po całym lesie.

Żurkowski mówi, że nie sposób złapać kogoś na wyrzucaniu śmieci, o pozostawieniu niezakopanej kupy nie wspominając. Poza tym, co miałby zrobić ten smukłej postury leśniczy o wyglądzie klasycznego inteligenta w zetknięciu z defekującym młodzieńcem o rozrośniętym karku? Jesienią po sezonie leśniczy z pięciu kilometrów podległego mu brzegu wywozi trzy, cztery przyczepy ciągnikowe śmieci.

Henryk Janus z nadleśnictwa Maskulińskiego już 10 lat temu alarmował władze, że trzeba wprowadzić zakazy dzikiego cumowania jachtów, a w zamian stworzyć infrastrukturę przystani, pomostów, system odbioru ścieków. Minęło 10 lat i w zasadzie niewiele się zmieniło. - Ja rozumiem, że miło jest biwakować na dziko, ale Wielkie Jeziora po prostu tego dłużej nie zniosą. Przekroczony został punkt krytyczny.

Zgadza się z nim Maciej Grójec, prezes TKKF Korektywa w Piaskach nad Bełdanami, zarządzającego jedną z większych przystani żeglarskich na Mazurach. - Na Wielkich Jeziorach jest kilkanaście tysięcy jachtów, z tego 2-3 tys. dużych z toaletami, często chemicznymi. Ale nie ma systemu odbioru tego, co załogi naprodukują, i wszystko trafia do wody lub na brzeg.

Dziś na ulubione przez wędkarzy mazurskie wyspy bez kaloszy lepiej nie wchodzić. Zdarzają się spontaniczni wolontariusze, a może po prostu ludzie zdesperowani, którzy zakopują cudze odchody, ale jest to praca syzyfowa. Na miejsce jednej zakopanej kupy pojawiają się trzy nowe.

Szkolenie saperskie


Żurkowski obserwuje regułę: kiedy sprząta teren jesienią, po biwakach Niemców, w ogóle przybyszy z Zachodu, nie zostanie nawet jeden papierek. Grzegorz Wagner, dyrektor Mazurskiego Parku Krajobrazowego, potwierdza: - U Niemców, nawet jak się rozbiją na dziko, pośrodku obozowiska stoi wbity palik, a na nim saperka.

Ewa, plastyczka, od 25 lat pływa po Mazurach. Niedawno, mimo daleko posuniętej ostrożności, wlazła na brzegu w czyjąś kupę, mało jej szlag nie trafił. Kiedy dopłynęła rozjuszona do Mikołajek, rzuciła w kłębiący się żeglarski tłumek: kto z was ma saperkę? Podniosły się dwie ręce.

Krzysztof Stańczyk na co dzień wykłada na Politechnice Łódzkiej i od siedmiu lat prowadzi rejsy szkoleniowe na Mazurach. Zanim jego młodzi podopieczni w ogóle dotkną łódki, przechodzą instruktaż: do czego w terenie służy saperka. Że na uchwycie można sobie zawiesić rolkę papieru, a po wykopaniu niewielkiego dołka (zawsze przed!) wbita w ziemię łopatka lepiej będzie służyć za podpórkę niż krzaczek bądź, nie daj Boże, złapana w krytycznym momencie pokrzywa. - Na początku zawsze jest hi hi hi, ha, ha, ha, ale stosują się do zaleceń. Jak się do młodych trafi, to poważnie traktują problem. A jeśli zobaczę, że któryś wraca z lasu z papierem w ręku, ale bez saperki, to mówię: wracasz kolego kopać.

Krzysztof Stańczyk uważa, że przydałaby się natrętna dydaktyka na wzór amerykański: w serialach młodzieżowych, w telenowelach, w sitcomach. - Trzeba ośmieszać takie zachowania. Bo w sumie rzadko spotyka się takiego przekornego chama, który i tak swoje zrobi, nawet jak mu zwrócić uwagę. Trzeba wytykać palcem. Kiedy się z Polaka pokpi i go wyszydzi, może to na nim zrobić wrażenie.

Tekla Żurkowska jest sceptyczna: - Jeśli się w domu człowiek nie nauczy, gdzie i jak robić kupę, to potem niewiele pomoże. Może jednak trzeba wieszać transparenty na wszystkich brzegach: Ludzie! Nie róbcie kupy na brzegu! A jak zrobicie, to zakopcie!

A tak w ogóle to defekacja oznacza oczyszczenie.

współpraca: Iwona Chaszczewicz, Katarzyna Górska, Anetta Radziszewska